Po europejskim koszmarze przyszło rozczarowanie. Lech musi szybko się podnieść po bolesnym odpadnięciu z Ligi Mistrzów

Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem wydawało się, że Lech Poznań jest jedną nogą w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Zwycięstwo 4:1 w Danii dawało mistrzom Polski ogromny komfort i sprawiało, że awans wydawał się formalnością. Kilka godzin później na Enea Stadionie panowała jednak cisza, niedowierzanie i ogromne rozczarowanie. Kolejorz roztrwonił trzybramkową przewagę, przegrał z AGF Aarhus po rzutach karnych i w spektakularny sposób wypuścił z rąk awans.

Lech Poznań - Aarhus GFLech Poznań - Aarhus GF
Źródło zdjęć: © Licencjodawca | Sylwia Toroszewska-Wojtyniak

To jedna z tych porażek, które zostają z drużyną na długo. Nie dlatego, że rywal był zdecydowanie lepszy, ale dlatego, że Lech sam stworzył sobie doskonałą sytuację, by spokojnie zamknąć dwumecz. Zamiast tego pozwolił Duńczykom uwierzyć, że odrobienie strat jest możliwe.

Aarhus z każdą kolejną minutą grało coraz odważniej. Gole Tobiasa Becha, Kristiana Arnstada i Frederika Tingagera doprowadziły do remisu w dwumeczu, a choć w dogrywce Filip Jagiełło ponownie przybliżył poznaniaków do awansu, odpowiedź Tomasa Kristjanssona sprawiła, że o wszystkim zdecydowały rzuty karne. W nich więcej zimnej krwi zachowali goście.

Po końcowym gwizdku nie było prób szukania wymówek. W szatni Lecha dominowały złość i świadomość zmarnowanej szansy.

Szkoleniowiec Lecha Niels Frederiksen nie szukał usprawiedliwień. Przyznał, że zespół nie sprostał zadaniu, mimo znakomitej zaliczki wypracowanej w pierwszym spotkaniu. Jak podkreślał, prowadząc 4:1 po meczu wyjazdowym, jego drużyna po prostu nie miała prawa wypuścić awansu z rąk.

– Kiedy prowadzisz 4:1 po pierwszym meczu na wyjeździe, nie powinieneś przegrać u siebie w rewanżu – powiedział trener Kolejorza.

Duński szkoleniowiec zwrócił uwagę, że tym razem to Aarhus było niezwykle skuteczne. Jego zdaniem obie drużyny stworzyły podobną liczbę okazji, jednak goście znacznie lepiej wykorzystali swoje najlepsze momenty. Lech natomiast nie potrafił zamienić własnych szans na gole i nie zagrał na poziomie, do którego zdążył przyzwyczaić kibiców.

– Jesteśmy niewiarygodnie rozczarowani wynikiem i tym, że nie wspięliśmy się na swój poziom. Powinniśmy obronić zaliczkę z pierwszego starcia – dodał Frederiksen.

Jeszcze bardziej dosadnie wydarzenia z Bułgarskiej podsumował Filip Jagiełło, autor jedynej bramki dla Lecha w dogrywce.

Daliśmy ciała i tyle. Nie ma tu nic do dodania, mieliśmy wszystko w swoich rękach, a dzisiaj odpadamy. Ciężko mi powiedzieć na gorąco, co było problemem. Wynik 4:1 z wyjazdu trochę zakłamywał rzeczywistość, bo to był naprawdę dobry zespół. Mieliśmy taki rezultat i nie powinniśmy dzisiaj odpaść – powiedział pomocnik Kolejorza.

Słowa zawodnika najlepiej oddają nastroje panujące w klubie. Lech nie przegrał z teoretycznie słabszym przeciwnikiem, ale z zespołem, który ani przez moment nie zrezygnował z walki. To jednak nie zmienia faktu, że przy zaliczce wypracowanej w pierwszym spotkaniu odpowiedzialność za odpadnięcie spoczywa przede wszystkim na mistrzach Polski.

Najbardziej bolesne jest to, że Kolejorz był bardzo blisko kolejnej rundy. Nawet po stracie trzybramkowej przewagi odzyskał prowadzenie w dwumeczu po trafieniu Jagiełły w dogrywce. Kilka minut później ponownie jednak pozwolił rywalom wrócić do gry, a w serii jedenastek zabrakło skuteczności i chłodnych głów.

Teraz przed Lechem czas na odbudowę. Marzenia o fazie ligowej Ligi Mistrzów zostały brutalnie przerwane, ale sezon europejski dla Poznaniaków jeszcze się nie kończy. Kolejorz będzie kontynuował walkę w eliminacjach Ligi Europy, gdzie nie będzie już miejsca na podobne błędy. Jeśli mistrz Polski chce jesienią ponownie rywalizować z czołowymi klubami kontynentu, musi jak najszybciej zostawić za sobą jedną z najbardziej bolesnych europejskich porażek ostatnich lat.

Wybrane dla Ciebie